piątek, 25 lipca 2014

Ostatnia aktualizacja:06:55:56 AM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Kamienie na szaniec - recenzja

Kamienie na szaniec - recenzja

kamienienaszaniecTę historię zna każdy. „Rudy, „Zośka” i „Alek” – trzech bohaterów, o których czytały pokolenia Polaków. Książka Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” opowiadająca o ich wojennym życiu jest przecież szkolną lekturą. Dzięki polskiemu reżyserowi, Robertowi Glińskiemu po latach wreszcie doczekaliśmy się jej filmowej adaptacji.

O „Rudego” i jego towarzyszy kino upomniało się już wiele lat temu. W 1977 roku Jan Łomnicki pokazał światu dramat wojenny „Akcja pod Arsenałem”. Motywem przewodnim jego obrazu były wydarzenia zawarte w książce pod tym samym tytułem, autorstwa Stanisława Broniewskiego i „Kamieniach na szaniec” właśnie. Dzieło to do dziś jest chętnie oglądane przez kolejne pokolenia, nikt nie zarzuca mu antypolskości, która w ostatnim czasie zrobiła się bardzo modna.

Bardzo zresztą lubię, gdy dany film zostaje okrzyknięty antypolskim. Myślenie współczesnych jest tyle niezrozumiałe, co wręcz śmieszne. Wychowani na Polskiej Szkole Filmowej uważają, że żołnierze w czasie II wojny światowej ginęli jedynie z Bogiem i patriotycznymi pieśniami na ustach. W wolnym czasie nie ulegali pokusom, przez całą dobę chcieli tylko walczyć i ginąć za swój ukochany kraj. Nie mamy prawa oceniać ludzi, którzy przeżyli wojnę czy okupację. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić jak sami byśmy się zachowali w tak ekstremalnych warunkach. Ponadto, modne ostatnie zrobiło się również ocenianie filmu przed jego obejrzeniem. W przypadku „Kamieni…” zarzucono twórcom, że pokazują jak harcerze uprawiają seks i zachowują się niegodnie. Zarzut ten jest idiotyczny i wyssany z palca, ale po kolei…

Po ostatnich seansach współczesnego polskiego kina wojennego z dużym dystansem podchodziłem do najnowszego obrazu Roberta Glińskiego. Pierwsze sceny jednak mnie uspokoiły. Zaczynają się od prawdziwego uderzenia. „Zośka” i „Rudy” biorą udział w akcjach tzw. małego sabotażu. Pierwszy zrywa hitlerowskie sztandary z murów budynku Polskiej Akademii Nauk, drugi zaś w myśl hasła „Tylko świnie siedzą w kinie” przerywa seans propagandowych kronik. Wspomnianym scenom towarzyszy elektryzująca i mocno współczesna muzyka autorstwa Łukasza Targosza. Muszę przyznać, że tego typu kompozycje nijak nie mogły mi przypasować do oglądanych na ekranie wydarzeń, przez co zupełnie nie potrafiłem wczuć się w opowiadaną historię. Z czasem jednak mocne brzmienie zastąpione zostało przez subtelne nuty odpowiadające prezentowanym scenom. Tak naprawdę współczesny blichtr ustępuje klasyce i tradycji w momencie pojmania Janka Bytnara. Świadczą o tym kolejne fragmenty, w których ten niepozorny chłopak przeistacza się na naszych oczach w wielkiego bohatera. Niemiłosiernie katowany przez oprawców, którzy za wszelką cenę chcieli wydobyć z niego cenne informacje na temat Szarych Szeregów, nie ugina się, milczy i przezwycięża ból zadawany mu raz po raz. Za murami przy al. Szucha rozgrywa się dramat młodego człowieka, samotnie walczącego o lepszy byt dla potomnych. W innej części miasta „Zośka” próbuje zorganizować odbicie dla kolegi, lecz wciąż nie ma zgody od dowództwa. Czas mija, jest go co raz mniej, na ciele „Rudego” pojawiają się kolejne rany, decyzji wciąż brak…

Jak doskonale wiemy, wreszcie jest zgoda i chłopakom udaje się odbić Janka, niemniej oglądając „Kamienie…” można dostrzec beznadziejność tamtych czasów. Oczywiście, wojna w swej okrutności jest beznadziejna, ale Gliński pokazuje nam tę beznadzieję w wielu innych aspektach. Beznadziejne jest przesłuchanie „Rudego”. Oficerowie go przesłuchujący poddają Bytnara kolejnym torturom, zwracając się do niego per „Stefan”. Tak naprawdę nie wiedzą kim jest człowiek, który z każdą kolejnym ciosem jest bliżej śmierci. Beznadziejne jest także zachowanie dowództwa Armii Krajowej. Właściwie niezdecydowanie, bowiem gdyby reakcje były rychlejsze, może chłopak przeżyłby wojnę i nie musiałby umierać w męczarniach. Beznadziejna jest ta wojna i skutki, które za sobą niosła. Jej ukazanie jest zdecydowanym plusem „Kamieni na szaniec”. Za ten należy uznać także zdjęcia Pawła Edelmana, choć w kilku sekwencjach wydawały się one męczące dla oczu. Brawa należy bić również osobom odpowiedzialnym za efekty specjalne. Szczególnie imponują one w czasie akcji pod Arsenałem. Pożary, wybuchy, wystrzały wyglądają bardzo realistycznie - ironicznie można by rzec, że nie pasują do polskiej produkcji. Niestety, film Glińskiego zawiera także sporo rys. Jedną z nich jest zmarginalizowanie postaci Alka. Dopiero po kilkunastu minutach seansu dowiadujemy się, który z aktorów na ekranie odgrywa tę rolę. Zakończenie jego wątku również jest zbyt ogólne i niegodne. Słabym elementem tej filmowej układanki są również role kobiece. Dziewczyny pojawiające się w tej historii wpisują się w ogólnie znany stereotyp. Występują głównie jako element dekoracji, czasem rzucą sztandarowe zdanie- „Masz wrócić”, a gdy ich ukochany polegnie, opłakują go. Nikogo takie zachowanie dziwić nie powinno, niemniej można było więcej wyciągnąć z tych postaci. Tak naprawdę, jedyną przedstawicielką płci pięknej zasługującą na poklask jest mama „Rudego”, w którą wcieliła się Danuta Stenka. Nie pojawia się ona zbyt często na ekranie, ale jak już jest, to elektryzuje i wywołuje niesamowite emocje -niepozorna rola, bez której ten film wiele by stracił.

Celowo na koniec zostawiłem sobie ocenę trójki młodych aktorów, którzy w „Kamieniach na szaniec” grają pierwsze skrzypce. Tomasz Ziętek („Rudy”), Marcel Sabat („Zośka”) i Kamil Szeptycki (Alek)  - ciężko stwierdzić czy czeka ich wielka kariera. Nie mieli łatwo, musieli zmierzyć się z wielkimi bohaterami. Uważam jednak, że podobnie jak obraz Glińskiego, ich gra również nie była tak zła, jak o niej piszą. Może czasem zbyt sztucznie, może drętwo, ale przecież młodość ma swoje prawa…

I jeszcze jedno, prawdziwa wisienka na torcie, czyli Wolfgang Boss. Odtwórca bezwzględnego Rottenführera Ewalda Lange kradnie w kilku scenach film dla siebie. Porównać można go z Hansem Landą z „Bękartów wojny” bądź będąc bliżej Polski, majorem Kąpielowym z „Przesłuchania”. Potwór z krwi i kości, dla którego człowiek jest tylko nic nie wartym kawałkiem mięsa…

Po seansie najnowszego dzieła Roberta Glińskiego wiem jedno: są jeszcze w Polsce twórcy, którzy znają się na swoim fachu. Może „Kamieniom na szaniec” daleko do doskonałości, może nie jest to dzieło godne laurów filmowych, niemniej na pewno nie jest to film ani antypolski, ani antywojenny. To interesująca adaptacja znanej powieści, którą można polecić każdemu. Przyzwoite kino, z którym warto spędzić czas. Ku chwale bohaterom…

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

BANER_281212_kopia