czwartek, 23 października 2014

Ostatnia aktualizacja:06:55:56 AM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Bitwa pod Wiedniem - recenzja

Bitwa pod Wiedniem - recenzja

bitwapodwiedniemBitwa pod Wiedniem w roku 1683, to międzynarodowe wydarzenie, którym Polacy się szczycą, leczą swoje niskie poczucie wartości narodowej. To wydarzenie, dzięki któremu dzieciom zaszczepia się poczucie dumy narodowej i patriotyzmu. W związku z tym to MY powinniśmy nakręcić ten film. Byłby o niebo lepszy.

Włosi nie nakręcili filmu o jednej z największych bitew historii naszego kontynentu, jednej z pierwszych wojen, w których Europa się zjednoczyła przeciwko wspólnemu wrogowi. Oni nakręcili film o swoim błogosławionym  Marco D’Aviano, zakonniku zakonu kapucynów, wędrownym kaznodziei, któremu przypisuje się liczne cudowne uzdrowienia i który w latach 1683-1689 jako kapelan uczestniczył w kampaniach wojskowych.

Uważa się, że to on przyczynił się do wyzwolenia Wiednia z oblężenia tureckiego we wrześniu 1683 roku, niosąc duchowe wsparcie wojskom chrześcijańskim. Film, jak to hagiograficzna opowieść, utrzymamy jest w konwencji baśniowej. Pełne plany pokazują krajobrazy włosko-turecko-autryjackie, które oscylują w swoim charakterze między Opowieściami z Narni a Baśniami 1000 i jednej nocy. Również niektóre wydarzenia z życia głównego bohatera Marca D’Aviano zbliżają dzieło do baśni lub fantastyki, niż opowieści historycznej. Kiepskie, niosące ze sobą zdawkową, mentorską treść dialogi wypowiadane są przez większość aktorów w fatalnej angielszczyźnie, nieprzypominającej w swym akcencie ani amerykańskiej ani brytyjskiej odmiany tego języka, co o dziwo nie dotyczy naszych aktorów drugiego planu Alicji Bachledy-Curuś i Piotra Adamczyka.

Po raz pierwszy widziałam film, w którym aktorzy lepiej grali niż reżyser ich prowadził i widać było, jak w swych rolach męczą się wszyscy ci, którzy mieli do powiedzenia więcej niż kilka zdań. Sceny batalistyczne wołają o pomstę do nieba.

Nasze wiekowe już ekranizacje Krzyżacy czy Pan Wołodyjowski zostały lepiej wykonane, dają wrażenie większej realności i prawdziwości oglądanych obrazów niż to, co możemy obserwować w Bitwie pod Wiedniem. A nasz Ogniem i mieczem to przy tym majstersztyk. Animacje komputerowe osnute (trzeba czy nie trzeba) dymem i mgłą dają wrażenie raczej kiepskiej jakości gry komputerowej niż filmu batalistycznego z XXI wieku. Po prostu nie ma się czym zachwycić. Obawiam się też, że specjalnie dla polskich odbiorców przygotowano osobną czołówkę, w której pojawiają się nazwiska takich gwiazd polskiego kina, jak Daniel Olbrychski, czy Borys Szyc. Niestety panowie grają role (w najlepszym wypadku nazwijmy je) epizodyczne. Bo przecież trudno mówić o zaistnieniu na ekranie robiąc trzy miny i wypowiadając dwa i pół zdania, jak Olbrychski, bo Szyc powiedział jeszcze mniej.

Chciałam bronić dzieła skrytykowanego tak mocno przez media, jeszcze zanim wszedł na ekrany. Ale po pobycie w kinie zrozumiałam, dlaczego nasi polscy aktorzy wstydzili się mówić o dziele i z pokazu przedpremierowego wyszli po angielsku, tylnymi drzwiami.
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

BANER_281212_kopia